

ZBIÓR 01
10.2023
Nowe: Mokotów prezentuje miejsca, które wnoszą do dzielnicy nowe smaki, kultury, doświadczenia, przedmioty, style życia, które zasilają dynamicznie zmieniającą się tkankę miejską, oswajają nas z innością, jednym słowem tworzą nowe sąsiedztwo.
Wybraliśmy 8 mokotowskich biznesów, autorskich, sąsiedzkich, prowadzonych przez utalentowane osoby z całego świata - Polski, Ukrainy, Francji, RPA, Azerbejdżanu. Spisaliśmy historię miejsc, doświadczenia właścicieli, ich marzenia i plany.
Naszym celem było zapoznanie mieszkańców z miejscami, których być może nie mieli szansy jeszcze poznać oraz ludźmi, których poznać powinni.
W pilotażowym, limitowanym wydawnictwie Nowe: Mokotów znajdują się pełne osobistych historii karty postaci, dwie mapy i trzy naklejki.
Egzemplarze dostępne są w siedzibie Fundacji KRAINA.
Projekt Nowe: Mokotów jest otwarty na nowe miejsca i inicjatywy. Jeśli chcesz wesprzeć kolejne edycje napisz: krainafundacja@gmail.com


Kiron Diamond
Kiron pochodzi z Republiki Południowej Afryki, ale korzenie ma grecko-rosyjsko-irlandzkie. Śmieje się, że miał z urodzenia wpisane w tożsamość zainteresowaniem językami. Jego dziadek do RPA przyjechał uciekając przed Bolszewikami. On opuścił RPA uciekając przed rosnącą przestępczością i nieudolnymi rządami. Nie chciał wychowywać dzieci w tak niestabilnym kraju. Żona Kirona jest Polką, przyjechała do RPA jak dziecko z rodziną. Kiron bywał w Polsce kilkukrotnie, zanim w 2022 nie przeprowadzili się na stałe. Uwielbia tu mieszkać. Dla niego puls Warszawy jest „jak fortepian Chopina, ale z nienachalnym elektro w tle”. Uwielbia uczyć angielskiego, pokazywać jaka to frajda móc wyrażać siebie w nowym języku, dodaje otuchy i motywuje - od poziomu A2 aż po wyżyny językowej ekwilibrystyki w konwersacjach o filozofii. Szczególnie czuje się związany z grupą migrantów z Białorusi – przychodzą do niego na lekcje i jak mówi Kiron – traktują go jak swojego dalekiego kuzyna. Ma wielkie serce i marzy mu się nie tylko dobrze prosperująca szkoła, dobre życie dla bliskich, ale też, żebyśmy jako kraj przepracowali nasze historyczne traumy, bo jesteśmy dla niego narodem bohaterów. Jest wdzięczny wszystkim, którzy skrytykowali estetykę banneru, jakim się reklamował w dzielnicy – bo równie wiele osób od razu się za nim wstawiło i wzięło go w obronę. Zaczęło się więc od sporu, a zakończyło szczęśliwie na tym, że poczuł się częścią lokalnej wspólnoty i początkujący biznes rozkręcił się jak trzeba. Uwielbia spacerować po sąsiedztwie wciągać nosem zapachy obiadów unoszące się z okien, patrzeć na gawrony i uśmiechać się do ludzi, którzy spojrzą się na niego dłużej. Coraz częściej się uśmiechają w odpowiedzi.


Z1_01
Irina Chaikivska
Do Polski przyjechała uciekając przed pełnoskalową wojną w Ukrainie. Spakowała się w panice z dziećmi do samochodu, zabierając po drodze jeszcze trzy inne matki z dobytkiem. Kiedy się pakowała, powtarzała sobie, żeby koniecznie zabrać swoje przepisy na desery, słodkości, całe swoje cukiernicze zaplecze, bo na pewno się przyda. Już trzy dni po przyjeździe zaczęła pracować jako cukierniczka, a polska rodzina użyczyła jej mieszkania. Odetchnęła. Słodkości to jej pasja. Ukończyła wiele szkoleń cukierniczych: piętrowe torty weselne, „słodkie stoły”, tarty, trufle, danishe, ciasto francuskie, japońskie moshi. Szybko jednak zorientowała się, że w Polsce to najlepiej piec mazurki, babki, pierniczki, pączki – tego w Ukrainie się nie robiło. Zapisała się też na lekcje polskiego – smak mówi sam za siebie, ale ciasto samo reklamy nie zrobi. A Irina chce się zawodowo rozwijać. Do tej pory pracowała na Powiślu Dziurce od Klucza – robiła autorskie cannoli, serniki i torty. Teraz dużo piecze w domu, ale poszukuje pracy, na stałe, najchętniej w restauracji, blisko swojego mokotowskiego domu.


Z1_02
Joanna Komorowska
Warszawianka, z krótką przerwą na pobyt w Gdańsku i Lucernie. Na Belgijskiej prowadzi pracownię, w której tworzy klimatyczne dekoracje wnętrz – odlewa z betonu, tnie metale, sadzi rośliny. Szczególnie lubi tworzyć zegary, biżuterię, świece i kompozycje roślinne, o których czasem prowadzi także warsztaty. Sięga po japońskie techniki uprawy roślin – kokedamę – czyli wiszące ogrody i kusamono – mikro kompozycje w doniczkach. Obie te techniki są w Polsce wciąż mało znane – chce je popularyzować. Każdy przedmiot w pracowni jest początku do końca wymyślony i wykonany przez Joannę – można więc na przykład kupić biżuterię powstałą z połączenia betonu z chrobotkiem reniferowym albo autorskie kaskady plecionek na doniczki. Swoją pracownię traktuje trochę jak galerię – witryna jest co chwilę dopracowywana, właścicielka sadzi kolejne kwiaty i przesuwa ozdoby. Lubi kameralną atmosferę Belgijskiej, cieszy się, że klienci często wstępują do niej ze spaceru z psem, znajomi wpadają na kawę. Jest przekonana, że miasto potrzebuje takich zielonych, pełnych roślin przyczółków, zresztą podobnie jak wnętrza domów – a ona chce pokazywać, edukować i sprzedawać jak najwięcej miniaturowych „ołtarzyków przyrody” – ale tylko w pakiecie z wiedzą i pasją.


Z1_03
Rashal Karimov
Rashal pochodzi z Iranu, ale lata spędził w Azerbejdżanie. Do Europy przyjechał na Erasmusa, studiować muzykę – na wydziale wokalu. We Włoszech byłoby to zbyt kosztowne, a słyszał dobre opinie o polskiej uczelni i tak wylądował w Warszawie. Zrobił dyplom licencjacki, ale pomyślał, że dobrze też mieć magistra z bardziej praktycznego obszaru i skończył jeszcze, rzutem na taśmę, nauki polityczne w Łodzi. Choć nadal komponuje i śpiewa – jego interpretacji tradycyjnych azerskich pieśni można wysłuchać na Youtube – nie ma złudzeń, że będzie mógł tutaj utrzymać się z muzyki. Ona pozostanie hobby, sposobem na nostalgię. Muzyka azerska jest wyjątkowa – i to też oznacza we włoskiej terminologii muzycznej słowo „rado”, które dało nazwę kawiarni. W samym azerskim folku, w którym specjalizuje się Rashal jest kilka gatunków (nawet rodzaj azerskiego rapu!), jego skala zaś zupełnie odmienna od zachodniej, oparta na tradycji oralnej, na melodii, a tradycja wędrujących bardów jest wpisana w tożsamość regionu. Ten zawędrował wyjątkowo daleko. W Polsce Rashal najbardziej lubi jesień, bo kiedy pada deszcz, czuje się jak w domu, w Baku. Kawiarnia na Mokotowie to jego zdaniem rozważny biznes – taka dzielnica potrzebuje miejsc, gdzie można szybko złapać dobrą kawę speciality na wynos albo przysiąść z laptopem. A on wierzy, że w świecie, gdzie jest tak wiele propozycji z tym samym asortymentem, nie chodzi się jedynie „na coś”, ale bardziej „do kogoś”. I bardzo by chciał, żeby ludzie przychodzili do niego. Chętnie pogawędzi i napije się z kimś herbaty. Nie przepada za kawą – co przyznaje ze śmiechem – w jego rodzinnych stronach prawie się jej nie pija. Marzy mu się sieć kawiarni speciality w Warszawie, a potem w innych miastach w Polsce


Z1_04
Katarzyna Orzeł-Izdebska
Właścicielka - Kasia albo też, jak mówią Japończycy – Katazina-san, japońską kulturą interesowała się od lat – mangi, anime, cosplay, filmy studia Ghibli. Po pierwszym wyjeździe z rodziną do Tokio wróciła do Polski jeszcze bardziej zafascynowana. Zasmakowała w Japonii już nie tylko metaforycznie – a z japońskiej kuchni najbardziej przypadły jej do gustu małe trójkątne ryżowe „poduszeczki” zwane onigiri, nadziewane rozmaitymi farszami. Onigiri to najpopularniejszy japoński posiłek - najbliżej mu do kanapki z żółtym serem wrzucanej do plecaka albo torby, na drugie śniadanie. Comfort food. Zajadała się nimi, gdzie tylko mogła, a potem zaczęła praktykować po swojemu. Okazało się, że jest w tym tak dobra, że z relaksującego hobby po godzinach rozwinął się cateringowy pop-up, a potem niewielki punkt na Wilanowie. Tam Kasię odnaleźli producenci popularnego w Japonii programu „Who wants to come to Japan?”. Wyjechała do Japonii nagrywać odcinek i przyglądać się z bliska temu, co zaczęła praktykować – trafiła m.in. na staż do onigiri shopu Pani Ukon, jak mówi Kasia, „ryżowej celebrytki”, która zaaprobowała jej umiejętności i pobłogosławiła przywieziony z Polski ryż, na którym Kasia pracuje. Z powrotem do kraju restauratorka zabrała z kolei 25 kilogramów ryżu koshihikari, uważanego za jedną z najlepszych odmian na świecie. Pochodzi on z prowincji Niigata – stąd też nazwa mokotowskiego lokalu. Kasia i Marcin, jej mąż, są również właścicielami, jak mówią – „dziury w ścianie” - okienka przy gmachu głównym Politechniki Warszawskiej. Zawsze stoi przy nim kolejka głodnych studentów. Biznesy idą! Kasi marzy się więcej podróżowania do Japonii albo więcej Japonii w Polsce - więcej kuchni japońskiej (nie tylko sushi czy ramenu), matsuri (czyli kolorowych japońskich świąt), porządku i organizacji (punktualnej, czystej i wygodnej komunikacji miejskiej i ogólnokrajowej). No i oczywiście - więcej więcej anime, mangi i cosplayu.


Z1_05
Luc Magnon
Luc przyjechał do Polski spróbować sił w gastronomii kilkanaście lat temu. Kraj znał już dość dobrze, stąd pochodził jego najlepszy przyjaciel, a czynsze w Warszawie były znacząco niższe niż w Paryżu. Kuchnia francuska była tutaj postrzegana jako ekskluzywna i droga, a Luc chciał ją pokazać inaczej, prościej i domowo. Przez lata prowadził bistro Monsieur Leon przy Belwederskiej, niewielki lokal pomiędzy blokami, z kilkoma stolikami, krótką kartką – skarb dla smakoszy, kawałek bezpretensjonalnego Paryża w Warszawie, z doskonałymi croques i winem. Potem otworzył się Krem – większy, bardziej dostępny i nowocześnie zaprojektowany lokal przy Śniadeckich. Wciąż przychodzą tam tłumy. Choć cieszy się z sukcesu Kremu, Lucowi zaczęło brakować codziennego kontaktu z klientami, pracy blisko produktu. Krem to dobrze nakręcona maszyna, gdzie nie ma miejsca na familiarność. Żeby odzyskać dla codzienności nieco relaksu, spotkań z klientami i rozmyślania nad smakiem otworzył sklep z serami i wędlinami – a już niedługo także z klasycznymi francuskimi przekąskami i winem. Wewnątrz unosi się zapach serów ze wszystkich regionów Francji, które Luc kupuje bezpośrednio ( jeździ tam przez pół Europy samochodem) w renomowanej, rodzinnej dojrzewalni w Strasburgu. Jest czas, żeby serów spróbować i o nich porozmawiać. Luc chętnie omawia cały proces produkcji – priorytetem jest dla niego tłumaczenie klientom dlaczego warto zapłacić drożej – żeby mieć pewność, że ten kawałek sera, którym się cieszymy powstał z poszanowaniem dla ziemi, zwierząt i ludzkiej pracy. W taką gastronomię wierzy. No i rzecz najważniejsza – to co zwyczajnie dobre i etycznie wytworzone, jest też najsmaczniejsze. A wtedy bonheur łączy się z plaisir i lepiej być nie może.


Z1_06
Alla Kara
Alla przyjechała do Polski uciekając przed wojną w Ukrainie, z rodzinnego miasta Jampil. Pierwsze miesiące przepracowała jako wolontariuszka, była odpowiedzialna za integrację kolejnych osób uchodzących przed wojną, tak jak wcześniej ona. Szybko się zorientowała, że musi nauczyć się polskiego i angielskiego, zacząć iść do przodu. Jak mówi – wiele się naoglądała. To było obciążające. Poczuła, że musi sobie to życie jakoś ustroić, że tak dalej nie pociągnie, musi odciążyć swoją codzienność. W rodzinnym domu hobbystycznie zajmowała się układaniem kwiatów. Pomyślała – a może spróbuje utrzymać się w ten sposób? Pomogła w tym fundacja Impact, gdzie zdobyła grant w ramach programu #RebuildingUkrainianBusiness. Spośród 1500 nadesłanych wniosków jej pomysł znalazł się wśród 80 najlepszych i został wybrany do dofinansowania. Kwiaciarnię nazwała Miłość, bo jest przekonana, że tylko w ten sposób przetrwamy – kierując się logiką miłości, szukając piękna. Po co żyć, jeśli tego nie będzie? Jest przekonana, że kwiaty są uniwersalnym, ponadnarodowym językiem emocji i uczuć, potrafią wyrazić wdzięczność, uznanie i wsparcie. Tym językiem przede wszystkim chce się porozumiewać, w tym słowniku opowiada najlepiej i najczulej. Nawet, jeśli nie sprzeda wszystkich kwiatów, nie wyrzuca żadnego, tylko wkłada do kubełka z podpisem „kwiaty na nastrój”- można do Ally wstąpić i je uratować, żeby nie wylądowały zbyt wcześnie w śmietniku. A jeśli ktoś woli język inny niż florystyczny – temu Alla skomponuje wiązankę z kolorowych balonów, a nawet barwny bukiet z batoników i czekolad. Najważniejsze, że z serca.


Z1_07
Oksana Kovza
Oksana jest tytanką pracy – to trzydziestoparolatka, a już udało jej się odchować trójkę synów, od lat pomaga finansowo rodzinie, pracowała w wielu departamentach gastronomii: w masarni, przetwórni ryb, przez fabrykę czekolady, aż po rozmaite cateringi. Pochodzi ze Lwowa, ale rodzinę ma też w Katowicach. Nie czuje się tu obco i smaki też są swojskie. W Polsce mieszka od kilkunastu lat, ale do Warszawy przyjechała dziewięć lat temu za namową polskich krewnych i dopiero wtedy została na dobre, wyrobiła dokumenty i zabrała dzieci. Teraz rozwija tu autorskie pomysły – Bar Koperkowy to jej drugi lokal - Bar Mleczny jest tuż obok, a ona już myśli nad rozbudową kuchni. Magda Gessler, która przyjechała tutaj ze swoimi „Kuchennymi rewolucjami” przyciągnęła wielu nowych klientów i pomogła w urządzeniu wnętrza. Jest ciepło i małomiasteczkowo. Oksana jest kucharzem z wykształcenia i zamiłowania – jedzenie pokochała spędzając czas na wsi z ukochaną babcią, która czarowała za pomocą przypraw z przydomowego ogródka. Ona najbardziej lubi koperek – stąd też, Bar Koperkowy. I chociaż wiele jest dań, do których inspiracja pochodzi z ukraińskiej tradycji kulinarnej, wszystko to autorskie pomysły Oksany – kluseczki jeżynowe, pierogi – ale z serem kozim, jej wersja gnocchi z bobem, golonka w piwie na zasmażanej kapuście. Pracuje siedem dni w tygodniu, a kiedy w końcu trafi do domu musi poprać, poprasować i ugotować dla dwóch synów, którzy jeszcze mieszkają z mamą. Ale nie narzeka – jak mówi, na wszystko przyjdzie czas, a ona sobie na odpoczynek zapracuje. Kocha się krzątać, rozmawiać z ludźmi. Chce tylko, żeby bliskim było dobrze i żeby było u niej smacznie. Ma jedno marzenie – uwielbia słodkości i chciałaby w Koperkowym mieć jakąś „wisienkę na torcie”. Również dosłownie! Jej ukochane ciasto nazywa się „pijana wiśnia”.


Z1_08